Co się zdarzyło w Nyalam?

Widok na Nyalam, 16 IV 2012, fot. Bartlomiej Wroblewski

Za dużo się dzieje. Moja aklimatyzacja przebiegała dobrze: żadnych bólów głowy, nudności, złego samopoczucia. Do północy z 14/15 kwietnia. Co konkretnie mi zaszkodziło: woda, jedzenie, wysokość…, trudno powiedzieć. „Nudności” – piękny eufemizm. Na nudę nie mogłem narzekać składając pewnie z dziesięć wizyt w ciągu jednej nocy w toalecie. Po kilku godzinach wszechstronnego przeczyszczania wszelkimi możliwymi kanałami nie ma już himalaisty, jest tylko mały, bezbronny człowiek…

 

Nasz hotelowy pokój przemienia się w izbę chorych. Także Urs z powodu bólu nie śpi przez całą noc. Nad ranem stwierdza, że nie widzi szans kontynuowania podróży do Base Campu, a tym bardziej wspinaczki na Everest. Nie jest w stanie spać, nie może chwycić większego przedmiotu prawą ręką, nie widzi szans na rekonwalescencję w coraz trudniejszych warunkach. Decyduje o powrocie do Kathmandu i wizycie w profesjonalnej klinice. Trudno w takiej sytuacji kogoś pocieszać, jeszcze trudniej gdy samemu ledwo się żyje. Przyjmujemy, że gdyby udało mu się szybko wyzdrowieć, będzie się starał dołączyć do nas w Everest Base Camp. Szanse na to są jednak niewielkie. Mało czasu pozostałoby mu na aklimatyzację.

 

Chwilę po rozmowie z Ursem, tym razem ja idę, czy raczej wlokę się, do miejscowego szpitala. Lekarz serdeczny, uspokaja – słów nie rozumiem, ale odczytuję z gestów, przepisuje tabletki. Człowiek dostrzega jak wszystko w życiu jest względne. Tak jak poprzedniego dnia będąc w szpitalu w Zhangmu z Ursem, tak i teraz Panu Bogu dziękuję za polską służbę zdrowia. Poziom higieny jest w szpitalach w chińskim Tybecie szokujący. Jeśli chcesz nabawić się nudności, odwiedź miejscowy szpital. Nawet i to jest jednak względne. Przed budynkiem widać Tybetańczyków przychodzących po pomoc, szczególnie wiele jest kobiet z dziećmi.

 

Wiele lat podróży karze mi z dystansem traktować wynędzniałego (po zaledwie kilku godzinach choroby!) siebie. Nie chwaląc się zatrucia pokarmowe miewało się już na wszystkich poza Antarktydą kontynentach…  Moja choroba wywołuje natomiast dużo kontrowersji wśród pracowników TMA. Według zatwierdzonego przez miejscowe czynniki oficjalne programu podróży do Base Camp, którym wymachuje mi przed oczami nasz opiekun, w Nyalam można spędzić tylko dwie noce, a ja odmawiam wyjazdu i wykręcam się chorobą. Karne dolary śmigają między oczami: 70 USD za dodatkową noc w hotelu, 60 USD za parking dla jeepa, kolejne kilkaset za extra kurs do Tingri. Ignoruję groźby i prośby. Każdy dzień ma dość swoich trosk. Jutro podejmę decyzję co dalej. Na szczęście stopniowo czuję się coraz lepiej, już nie wymiotuję, stopniowo przechodzi biegunka. Zmuszam się do picia, zaczynam jeść ryż i chleb. Wracając ze szpitala kupiłem mandarynki, 1 $ za sztukę. Po mału znowu chce się żyć…

 

Wieczorem odwiedza mnie Ang Pasang, jeden z naszych Szerpów, który utknął na granicy nepalsko-chińskiej. Cieszę się, że w końcu udało mu się dotrzeć. Niestety wbrew ustaleniom World Records, korzystając z choroby Ursa, wycofuje z wyprawy drugiego z Szerpów Pasang Karmę. To są uroki miejscowych agencji wspinaczkowych. Nie da się praktycznie ich obejść, a kłopoty ma się jak w banku…

 

Trudno trzeba się z tym pogodzić. Jutro z Pasangiem ruszamy do Tingri.

Everest widziany z Tybetu, fot. mamahoohooba

Partnerzy wyprawy na Everest 2013 (strona południowa)

Partnerzy wyprawy na Masyw Vinsona 2012

Partnerzy wyprawy na Everest 2012 (strona północna)

© 7SZCZYTÓW.PL